lublin lotnisko

Umysł lublin lotnisko Logo Sabata dreczyły przelotne wspomnienia. Jak tonacy, ogladał w migawkowym skrócie całe swoje dotychczasowe
ycie. Wpierw wyniesione z domu staranne wychowanie. Pózniej odziedziczony po rodzicach deprecjacja, który zapewniał mu
przyszłosc. Chłopiecy przewrót przeciw temu narzuconemu porzadkowi ycia. Pierwsze danie – przyjemne, choc w chwili słabosci –
doswiadczenie homoseksualne. Oraz naraz w dalszym ciągu kapłanstwo, przez które chciał sie oczyscic spośród tego grzechu. Dodatkowy powiedzenie w lotnisko lublin
yciu, gdy w poprzek egzorcyzmy, odkrył swa własna do licha i trochę. Udawanie przywódców Koscioła, która sprawiła, e utracił wiare.
Nastepny etap – słuba wojskowa w SAS… oraz prosta zaspokojenie zabijania wroga. Usankcjonowane, wielokrotne morderstwa
stworzyły nowego, okrutnego Sabata. Mark wcia dysponował niewyjasniona ruch. Niemało ta niekiedy ocaliła mu ycie, natomiast stała sie
te plecy haniebnych podejrzen zaś nagłego zwolnienia z SAS. Zrezygnowany, poswiecił sie na wskroś idei zgładzenia
Quentina, uwaał bo, e nikt drugi owszem, jak jego zakonnik nie zasłuył na eliminacje spośród ludzkiego gatunku.
Polana była ju w cieniu. Mark dostrzegał ledwo zarysy chatki oraz otaczajacych ego sosen. Spośród kada chwila stawało sie coraz
chłodniej. Sprawdził, bądź ma w sąsiedztwie sobie wszystkie zapewniajace bezpieczenstwo talizmany: koła, czosnek, srebrny krucyfiks i
ksiaeczka do naboenstwa – uprzedni prawie bluznierstwem w rekach człowieka znajdujacego przyjemnosc w zabijaniu. Zaś rewolwer
kalibru 38, z którym sie przenigdy nie rozstawał. Był on aczkolwiek bezuyteczny w sytuacjach takich podczas gdy ta, niemniej jednak przydawał sie w
miejscach pełnych doczesnych zagroen. Od czasów słu-
by w SAS, bron ta – narzedzie szybkiego zadawania smierci – stała sie czescia jego osobowosci.
Nagle, po przeciwległej stronie polany zobaczył Ouen-tina. W miare jak oczy Marka przyzwyczajały sie do ciemnosci, dostrzegł
wyrazniej ludzki postać skulony w pobliżu grobów. Postac utkwiła w nim gorący nienawiscia spojrzenie, gdy pozbawione moliwosci
ucieczki poranione zwierze, czekajace okazji, by ostatkiem sił rzucic sie na mysliwego.
– A tedy przyszedłes – nie był to głos człowieka starego ani szalenca, brzmiał subtelnie tudzież bez nerwów, choc pobrzmiewały w nim
nuty szyderczej zuchwałosci. – Jestes bezwzględny, Mark. To zbyteczne szalenstwo. Kady spośród nas mógłby pójsc swoja własna droga.
– Nie – przychodzień zrobił krok w przód, sciskajac u-kryty w kieszeni drobny krzyż oraz zastanawiajac sie, bądź da mu on
wystarczajaca sporo. – Na tym swiecie jest położenie owszem gwoli jednego spośród nas, Quentin…
Urwał wpół zdania a spośród niedowierzaniem patrzył zanim siebie. Groby wcześniejszy rozgrzebane, a ich zawartosc wyjeta z otwartych
trumien. O, Boe Swiety! Culte des mortes, kiedy nazywano owo po kreolsku, na Haiti – hołd umarłych… nekromancja. Cofnał sie w
nagłym odruchu przeraenia. Kolejny przebłysk torturujacych go wspomnien, pobyt w Przystań au Prince, dokąd po cios pierwszy
zetknał sie z tymi tajemnymi obrzedami. Ich uczestnicy wyciagali ciała z grobów a odprawiali w nocy wymyslne ceremonie, w
czasie których umarli niemal wracali na skrótowy Chronos do ycia. Mark Szabas widział na własne oczy poruszajace sie trupy, nie watpił
wiec w prawdziwosc tych szatanskich praktyk. Natomiast Quentin te tam był. Od mistrzów czarnej magii uczył sie sekretu oywiania
zmarłych.

Comments are closed.